Strona internetowa www.kajto.pl wykorzystuje pliki cookies oraz inne technologie służące do automatycznego przechowywania danych w celu zapewnienia najwyższej jakości świadczonych usług. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa w urządzeniu końcowym. Zgoda wyrażona na korzystanie z tych technologii przez stronę internetową www.kajto.pl lub podmioty trzecie, w celach związanych ze świadczeniem usług drogą elektroniczną, może w każdym momencie zostać przez Państwa zmodyfikowana lub odwołana w ustawieniach przeglądarki. Więcej szczegółów dotyczących naszej polityki cookies znajdziecie Państwo Polityce Prywatności. OK, zamknij

Dlatego cieszę się bardzo, że mogłem stanąć tu na starcie. Co prawda lepiej się czuję na dłuższych odcinkach, bo w te krótsze czasem jakoś tak ciężko się „wjechać”. W rezultacie początkowo jechałem bardziej asekuracyjnie, niż to sobie założyłem, ale im więcej kilometrów miałem za sobą, tym bardziej mi się podobały.

Przez cały miniony sezon robiłem wszystko, by skraść rywalom choć ułamek sekundy, w związku z tym nieraz bywało dość nerwowo. Zawsze ktoś był za plecami, prawie zawsze ktoś uciekał. Wszędzie było gęsto. Na oesach skupiałem się maksymalnie, bo najmniejszy błąd mógł zrzucić nas w tabeli o kilka miejsc. Do Warszawy przyjechałem z inną myślą. Mój start potraktowałem jako dedykację dla tych wszystkich, dzięki którym mogę realizować swoją pasję. Dla mechaników, którzy przygotowywali nam „miśka” przez cały rok, sponsorów, którzy kiedyś mi zaufali i kibiców, bez których to wszystko nie miałoby przecież żadnego sensu. Na długo zapadnie mi w pamięci Karowa i fantastyczne reakcje widzów na nasze wysiłki, by ich nieco pobawić. Jazda wśród nich „na luzie” to naprawdę czysta przyjemność i duża satysfakcja.